Z wizytą w danej Rzeczypospolitej – Długie Pobrzeże Anno Domini 17709 minut lektury

Rysunek Friedricha Antona Lohrmanna z 1770 roku. Źródło: Muzeum Narodowe w Krakowie

Motława pełna okrętów, gdańscy kupcy ubijający interesy z polskimi szlachcicami, krzątający się wśród beczek i towarów flisacy, modne elegantki: cofnijmy się w czasie dzięki rysunkowi Długiego Pobrzeża z 1770 roku!


Berlińczyk Friedrich Anton August Lohrmann, rysownik i malarz, przybył do Gdańska w 1759 roku. 24-letni młodzieniec był jednym z urzędników przy pruskim rezydencie w mieście, jednak dzisiaj pamiętamy go przede wszystkim jako autora licznych rysunków dokumentujących życie nadmotławskiego emporium. To właśnie owocem współpracy rysownika Lohrmanna i rytownika Matthaeusa Deischa był słynny album z 50 widokami Gdańska, który powstał na przełomie lat 1761-1775. Swoją drogą, ten projekt był źródłem wielkiej niezgody między dwoma dżentelmenami – Deisch nie umieścił na sztychach nazwiska swojego współpracownika. Być może to wydarzenie było powodem zgryzoty artysty, który podczas spotkania z Danielem Chodowieckim narzekał na skostniałość artystycznego środowiska w miejscu, w którym przyszło mu żyć.

W końcu, po czternastu latach, Lohrmann opuścił Gdańsk, a swoją dalszą karierę związał z Warszawą – najpierw działał w środowisku teatralnym, aby w końcu wejść na służbę króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. W takim kręgu obracał się do końca życia. Umarł w 1800 roku i pozostawił po sobie mnóstwo rysunków przedstawiającej życie codzienne stolicy.

Około 1770 roku Lohrmann narysował kilka scen z gdańską żeglugą w tle. Jeden z takich obrazków przedstawia Długie Pobrzeże, które jest niemal reporterskim zapisem starego Gdańska. Poniżej znajduje się kilka szczegółowych wycinków, dzięki którym możemy cofnąć się w czasie i poczuć się częścią XVIII-wiecznego miasta.

WIELKI ŻURAW I STAWIANIE MASZTU

Fragment rysunku Friedricha Antona Lohrmanna z 1770 roku. Źródło: Muzeum Narodowe w Krakowie

OWielkim Żurawiu, królu portowych dźwigów, napisano już wiele. Budowa rozpoczęła się w 1442 roku, kiedy to burmistrz Heinrich Vorrath przeforsował projekt potężnego gmachu wbrew woli Krzyżaków, którzy nie ufali gdańskim mieszczanom i nie chcieli takiej budowli w pobliżu swojego zamku. Sprzeciw komtura okazał się całkowicie bezowocny, i już w 1444 roku Żuraw, będący jednocześnie warowną bramą i dźwigiem, został ukończony.

Bez tego budynku wyobrazić sobie gdański krajobraz, zaś mieszczanie nie mogli sobie wyobrazić bez Żurawia przeładunku towarów, zwłaszcza tych najcięższych. Żuraw, jako własność miejska, znajdował się pod opieką specjalnego urzędnika, nazywanego mistrzem dźwigowym.

Lohrmann uchwycił Żurawia w momencie stawiania masztu na szkucie, czyli statku przeznaczonego do transportu ładunków (głównie zboża) na Wiśle. Na rysunku widać charakterystyczne elementy szkuty: pojedynczy maszt oraz budka szyperska na rufie. To właśnie na takich jednostkach pracowali i podróżowali flisacy. Na szczycie dźwigu widoczny jest blaszany, nomen omen, żuraw: został tam umieszczony na początku XVII wieku, aby wszystkim ludziom morza wskazywać kierunek wiatru. W pomieszczeniach znajdujących się w środku znajdowały się niewielkie mieszkania oraz warsztaty.

FLISACY

Fragment rysunku Friedricha Antona Lohrmanna z 1770 roku. Źródło: Muzeum Narodowe w Krakowie

Przez wieki flisacy spławiali zboże i drewno Wisłą do Gdańska, jednocześnie stając się elementem miejskiego kolorytu. Swoje często niebezpieczne podróże flisacy powierzali swojej patronce, świętej Barbarze: wspomina o niej Sebastian Fabian Klonowic w swoim przesławnym poemacie Flis, to jest spuszczanie statków Wisłą… z 1595 roku: Tam mądry rotman siedząc na swej barce, złożył onę pieśń o świętej Barbarce… Rotman, czy też retman, był starszym flisakiem, który kierował całym przedsięwzięciem.

W czasie gdy Lohrmann sportretował flisaków na swoich rysunkach, świadkową ich bytności w Gdańsku była młodziutka Johanna Trosienier, czyli przyszła matka Artura Schopenhauera. W swoich słynnych wspomnieniach opisała flisaków, których nazywała szymkami:

W przezroczystej mgle pięknej północnej nocy letniej przedstawiają widziane z dala liczne małe ogniska prawdziwie romantyczny widok. Słychać stamtąd czarodziejsko brzmiące tony, co do których trudno zgadnąć, z jakiego pochodzą instrumentu. Z urodzenia są Szymkowie mistrzami w rodzaju Paganiniego, kiedy weźmie się pod uwago, jakie trudności napotkałby ten wielki człowiek, aby na takim instrumencie o jednej strunie tak zaczarowane wydawał tony. Instrument Paganiniego jest tymczasem prawdziwym instrumentem, a jego struna jest rzeczywistą, nadającą się do użytku struną, ale wydobyć coś podobnego do melodii na zwykłych, żółtych skrzypkach, pomalowanych w kwiaty, które na Wielkim Moście sprzedają, po parę groszy, to byłoby trudnemu zadaniem dla tego wielkiego mistrza. Taki jednak sarmacki Orfeusz nie da się zmylić brakom takiego narzędzia, gra z uczuciem melodie posłyszane, albo wynalezione, w takcie prawdziwego poloneza, bo że o nutach nie może być mowy, rozumie się samo przez się. Zwyczajnie udaje mu się swych słuchaczów poruszyć do zapalonych tanów.

Fragment rysunku Friedricha Antona Lohrmanna z 1770 roku. Źródło: Muzeum Narodowe w Krakowie

 

GDAŃSKIE ELEGANTKI I TREFNISIE…

Fragment rysunku Friedricha Antona Lohrmanna z 1770 roku. Źródło: Muzeum Narodowe w Krakowie

Gdańska moda W XVIII wieku była zdominowana przede wszystkim przez wzorce płynące z rokokowej Francji, oraz w mniejszym stopniu przez przykłady z młodego jeszcze, bo narodzonego dopiero w 1707 roku, Królestwa Wielkiej Brytanii. Przez Gdańsk modowe kanony znad Sekwany i Tamizy płynęły do innych miast Prus Królewskich, a tymczasem obie stolice Rzeczpospolitej – stara i nowa – znajdowały się również pod silnymi wpływami mody saskiej.

Joseph Marshall, brytyjski podróżnik z drugiej połowy XVIII wieku, tak opisywał modę w Gdańsku, w którym zaznał gościny od niejakiego pana Pratskiego i jego żony:

Mają córkę, piękną i młodą, która zabawiała nas grą na klawesynie. (…) Panna Pratska, podobnie jak inne panie, które widziałem, stara się w stroju swym naśladować styl francuski.

Również panowie byli pod wpływem wzorców z Paryża – a do niezbędnego elementu garderoby należał trójgraniasty kapelusz. 

…ORAZ SARMACCY TRADYCJONALIŚCI

Fragment rysunku Friedricha Antona Lohrmanna z 1770 roku. Źródło: Muzeum Narodowe w Krakowie

Wkontraście do modnie ubranych mieszczan stali polscy szlachcice, którzy przybywali do miasta aby ubić kolejny interes i krzywo patrzyli na modowe nowinki. Peruka była dla Polaków symbolem zniewieściałości oraz żołnierskiej słabości, co było bardzo źle widziane. Oczywiście, część dobrze urodzonych przyjmowała wzory z Zachodu: głównie w stolicy, na dworze oraz wśród młodych ludzi. Jednym z powodów mógł być fakt, że szlachcianki preferowały młodzieńców ubranych na modłę europejską…

Jędrzej Kitowicz, celny obserwator rzeczywistości w Rzeczpospolitej w XVIII wieku, napisał Opis obyczajów za panowania Augusta III. W tym dziele Kitowicz szczegółowo zajmuje się różnorakimi szczegółami z życia codziennego epoki saskiej, nie szczędząc jej swojej krytyki. Poruszył tam również kwestię stosunków damsko-męskich i ubioru:

Młodzież osobliwie powracająca z zagranicy upatrywała dla siebie w stroju cudzoziemskim jakąś dystynkcyą; i choć nie w jednéj kompanii mianowicie na sejmikach tym polskim niemcom fałdów przetrzepano (…) Jeżeli rodzice lub opiekuni obierali pannie męża, i byli za Polakiem, ale panna płakała; to mu kładli kondycyą, aby się przebrał po niemiecku. (…) Druga: iż kto się nosił po polsku, musiał oraz utrzymować wąsy, niemogąc ich golić, bez wystrychnienia się na błazna. Nic zaś tak nie odrażało od siebie białą płeć jak wąsy, gdy miały pod dostatkiem w stroju cudzoziemskim gachów bez wąsów, a do tego równie jak niewiasty wypudrowanych, wyfryzowanych, wygorsowanych, wypiżmowanych. Jest to powszechnie w naturze, lubić obmioty sobie podobne.

Kitowicz tak opisał narodowy strój polski, który można dostrzeć zarówno na rysunkach Lohrmanna, jak i na sztychach Deischa:

Kontusz, żupan, pas, spodnie i bóty, czapka, to było całym ubiorem publicznym Polaka szlachcica i mieszczanina. Szlachcic przypasywał kontusz pasem. Kontusze zimowe bywały podszywane lekkim jakim futrem, gronostajami, popielicami, królikami, pupkami, sustami, kunami i sobolami. (…) Szlachcic, gdy wychodził z domu, przypasywał szablę do boku, brał w rękę obuch, który oprócz tego nazwiska, mianował się Nadziakiem i Czekanem.

W RUCHLIWYM PORCIE

Chociaż w pierwszej połowie XVIII wieku handel nieco podupadł – między innymi przez liczne zawieruchy wojenne oraz spadające znaczenie polityczne Rzeczypospolitej – to w drugiej połowie w morskim handlu można było zauważyć pewne ożywienie. Wciąż najważniejsze było zboże i jego eksport do krajów Europy Zachodniej. W latach 1766-1770 w Gdańska wypłynęło na pokładach statków prawie 46 tysięcy łasztów zboża! Trzeba jednak przyznać, że to były wyjątkowy okres w ilości wywożonego zboża, a już kolejne dekady przyniosły mniejsze obroty. Pomimo tego, Gdańsk wciąż był bardzo ważnym portem, a Motława pełna była mniejszych i większych statków. W trzecim tomie Historii Gdańska pod redakcja Edmunda Cieślaka możemy znaleźć również pewne statystki dotyczące statków. I tak w latach 1766-1700 przeciętny roczny ruch wyjściowy wynosił 1141, zaś wejściowe 1137 (nie licząc statków zimujących w porcie).

Oprócz zboża, niezwykle ważnym towarem eksportowym było drewno oraz inne towary leśne, w tym tak cenione i pożądane wajdaże i potaże. Co z kolei przypływało na statkach nad Motławę? Przede wszystkim luksusowe produkty przeznaczone do kuchni zamożnych (wśród nich między innymi egzotyczne owoce, w tym cieszące się największą popularnością cytryny, cukier, przyprawy, oraz nowe używki:kawa i herbata), szkło, płótno, wino czy żelazo. Wśród win w drugiej połowie XVIII wieku królowały wina francuskie. 

Dodaj komentarz