Rzecz o szkockich posłach, którzy wybrali się do Polski po pieniądze i wojsko… a wrócili bez niczego, ale za to z długami29 minut lektury

Jest rok 1657. Od kilku dziesięcioleci Europą wstrząsają kolejne krwawe konflikty, podszyte religijnym fanatyzmem, politycznymi ambicjami i ludzką desperacją. Rzeczpospolita nie jest wyjątkiem – nieustanne wojny ze Szwecją, Turcją i Moskwą definitywnie zakończyły złoty okres kraju i tolerancję, która w nim panowała. Po powstaniu kozackim Chmielnickiego przez Polskę przetacza się niszczycielski szwedzki najazd, który przejdzie do historii pod nazwą Potopu. Kraj nigdy w pełni nie podźwignie się po tych ciosach, powoli oddając pola Rosji. 


Tymczasem na Wyspach Brytyjskich swoje porządki zaprowadza lord protektor Oliver Cromwell. W 1649 roku na londyńskim szafocie ścięto prawowitego króla Karola I Stuarta. Młoda Republika pod przewodnictwem swoich purytańskich przywódców zaprowadza krwawe porządki w Szkocji i Irlandii, przypieczętowując ich losy na kolejne stulecia. Syn straconego władcy, Karol II Stuart, znalazł się na wygnaniu. Jak do tej pory, bezskutecznie próbował odzyskać swoje królestwo. Planuje kolejną wojskową kampanię – w tym celu wysyła do do Rzeczypospolitej swojego posła, licząc na pomoc kraju, który nie ma żadnego powodu pałać do Cromwella miłością…

 

John Middleton i James Turner (1657)

 

Po pierwszych roztopach tego roku do Zatoki Gdańskiej wpłynął statek handlowy, zmierzający z Amsterdamu do portu nad Motławą. Jeszcze zaledwie kilka miesięcy temu ten prosty i znany szlak był nie do przebycia. Niszczycielskie fale szwedzkiego potopu przelewające się przez Rzeczpospolitą nie oszczędziły wybrzeży Bałtyku, które zostały zablokowane przez szwedzką flotę. 

Sytuacja odwróciła się w lipcu 1656 roku, kiedy ta bariera została przełamana przez flotę niderlandzkiego admirała Jacoba van Wassenaera Obdama. W ten sposób wypełniło się porozumienie zawarte między Gdańskiem a Republiką Zjednoczonych Prowincji. 

Holendrami w żadnym wypadku nie kierowały altruistyczne pobudki: krwiożerczość Karola X Gustawa była szkodliwa dla handlu, a z tym trudno było się pogodzić narodowi kupców.  Chociaż na statek był załadowany francuskimi i reńskimi winami, to na pokładzie znajdował się jeszcze jeszcze jedna przesyłka o zdecydowanie innym charakterem. W stronę Prus Królewskich zmierzała dyplomatyczna ekspedycja wysłana przez króla-wygnańca Karola II Stuarta, który wszędzie gdzie tylko mógł szukał wsparcia dla swojej życiowej misji: odzyskania swojego tronu oraz trzech brytyjskich królestw.

Misja płynąca do Polski składała się z trzech Szkotów oraz kilku żołnierzy.  Jak się miało okazać, zakończy się pełnym niepowodzeniem. Chociaż żaden z posłów tego nie wiedział, jeden z nich z pewnością to przeczuwał, nauczony swoim doświadczeniem i wiedzą na temat wypadków przed kilkoma laty, o czym będzie mowa za chwilę.

James Turner był przede wszystkim żołnierzem – dla tej kariery porzucił karierę duchownego i wstąpił do szwedzkiej armii Gustawa Adolfa. Swoją młodość spędził na polach bitew wojny trzydziestoletniej, co poskutkowało porywczością charakteru, agresywnym zachowaniem i zamiłowaniem do mocnego alkoholu. Po jej zakończeniu powrócił do Szkocji, gdzie walczył najpierw po stronie zwolenników Przymierza, a później po stronie rojalistów. Portret Turnera z jego dzieła Pallas Armata. Wspomnienia Turnera, które ukazały się drukiem dopiero w 1829 roku w Edynburgu pod tytułem “Memoirs of his own life and times”, są jednym z głównych źródeł do niniejszej opowieści. Nie zostały nigdy przetłumaczone na język polski – wszystkie przytaczane ich fragmenty zostały przełożone przeze mnie.

Na czele królewskiego posłannictwa stał generał-lejtnant John Middleton. 

49 lat życia wypełnionego najróżniejszymi, często sprzecznymi wypadkami zaowocowało stworzyło  człowieka obdarzonego niepoprawnym optymizmem, naiwnością, oraz szczyptą cynizmu.

Pierwsze wojskowe szlify Middleton zdobywał w służbie Francuzów jako zaciężny pikinier. Wrócił do ojczyzny, aby wziąć udział w wojnie domowej. Trudno dokładnie prześledzić jego karierę w tym okresie: raz walczył przeciwko królowi, a raz w jego obronie. Raz służył pod sztandarem rojalistycznego generała Montrose’a, aby później przejść na stronę jego przeciwników. Chociaż ludzie Montrose’a zabili jego ojca, Richarda Middletona, a sam John spalił rodową siedzibę generała i zabił jej załogę, dowódcy spotkali się osobiście i uzgodnili warunki kapitulacji. 

Kiedy ścięto Karola I, Middleton stał się zagorzałym zwolennikiem jego następcy i towarzyszył mu w jego nieudanej szkockiej kampanii – podczas fatalnej dla rojalistów bitwy pod Worcester król musiał salwować się ucieczką, a pojmany Middleton został wysłany do londyńskiego więzienia w Tower. Zdołał uciec z więzienia w kobiecym przebraniu i dołączył do swojego władcy na wygnaniu, który nagrodził go tytułem earla Middleton i uczynił zeń swojego posła.

W swojej podróży do Polski został wyposażony w listy do Jana Kazimierza, w których Karol II zapewniał polskiego władcę o wspólnych interesach. Jednak w głowie Middletona kotłowały się również inne plany oraz myśli, które krążyły wokół kolejnej militarnej wyprawy do Szkocji. W tym celu miał w Polsce przeprowadzić zaciąg żołnierzy. 

W podróż do Polski generał-lejtnant zabrał dwóch pułkowników:  swojego szwagra, Aleksandra Durhama (mało ciekawa postać), oraz Jamesa Turnera (wręcz przeciwnie). 

Turner, podobnie jak Middleton,  to człowiek łączący w sobie wiele przeciwieństw. 

Był przede wszystkim żołnierzem – dla tej kariery porzucił karierę duchownego i wstąpił do szwedzkiej armii Gustawa Adolfa. Swoją młodość spędził na polach bitew wojny trzydziestoletniej, co poskutkowało porywczością charakteru, agresywnym zachowaniem i zamiłowaniem do mocnego alkoholu. Po jej zakończeniu powrócił do Szkocji, gdzie walczył najpierw po stronie zwolenników Przymierza, a później po stronie rojalistów. Podobnie jak Middleton, również Turner towarzyszył królowi podczas wielkiej porażki pod Worcester, i również został pojmany – uciekł i dołączył do Karola II, dla którego wykonywał szereg misji. 

Jednocześnie Turner, pomimo swojej żołnierskiej surowości, miał również wrażliwą stronę swojej natury. Bardzo kochał swoją żonę, Mary, o której wielokrotnie wspomina w swoich Memuarach. Słowo pisane było jego drugą pasją. W 1683 roku w Londynie, w drukarni niejakiego Richarda Chiswella, ukazało się jego dzieło Pallas Armata. Militarne eseje o starożytnej greckiej, rzymskiej i współczesnej sztuce wojny. W tej niewielkiej książeczce jedyną ilustracją był portret Turnera: na czytelnika spoglądał delikatnie uśmiechnięty, pucułowaty mężczyzna z wąsikiem i burzą loków. 

Turner, doświadczony żołnierz, zapisał potem krótkie zdanie: “W ciągu trzech dni wylądowaliśmy w Mundzie, bardzo silnej twierdzy u ujścia Wisły, niemiecką ligę od Gdańska”. Powyżej: fragment ryciny Idziego Dickmanna przedstawiającej Wisłoujście, 1617 r.

Tymczasem statek powoli dopływał do celu. Na horyzoncie majaczyła już potężna wieża twierdzy Wisłoujście – ich pierwszy przystanek w Prusach Królewskich. Turner, doświadczony żołnierz, zapisał potem krótkie zdanie: W ciągu trzech dni wylądowaliśmy w Mundzie, bardzo silnej twierdzy u ujścia Wisły, niemiecką ligę od Gdańska. Holenderski statek został przepuszczony ze swoim cennym ładunkiem dalej, a Szkoci pozostali w na terenie Twierdzy. Jak się miało okazać, nie byli tam jedynymi żołnierzami z Brytanii:

Tutaj znaleźliśmy szwedzkiego generała Königsmarcka jako więźnia, którego pochwycono na morzu, nie bez pewnych podejrzeń o udział w tym naszych szkockich rodaków, którzy znajdowali się pod jego komendą. 

Hrabia Hans Christoff von Königsmarck  i zarazem feldmarszałek Królestwa Szwecji był przetrzymywany w Wisłoujściu dopiero od kilka miesięcy.  W październiku 1656 roku gdańszczanom udało się przejąć dwa okręty przeciwnika, które uciekając przed sztormem spróbowały szczęścia na redzie gdańskiego portu. Pod komendą hrabiego znajdowali się żołnierze ze szkockiego regimentu lorda  Cranstona, o których chodziły później plotki, że swoim celowym zaniedbaniem przyczynili się do pojmania Königsmarcka. Część z nich przeszła na służbę gdańszczan, porzucając swojego niedawnego dowódcę. 

Jak miało się okazać, hrabia Königsmarck całą wojnę miał spędzić w gościnie u gdańszczan. Przejęcie dwóch jednostek odbiło się w mieście szerokim echem – świętowano wielkie morskie zwycięstwo, którym w oczach mieszkańców było pojmanie szwedzkiego feldmarszałka, 500 kilogramów prochy i kilku dział. Pojawiło się z tego powodu wiele druków ulotnych – jak chociażby Gründliche Relation, auf welche Weise Herr Johann Christoph von Königsmarck, der Feldmarschall der Schweden, wydrukowany w oficynie Davida Friedricha Rhetego z ulicy Rzeźnickiej. Wydaje się, że sam hrabia niewiele się tym wszystkim przejmował. W Wisłoujściu obchodzono się z nim dobrze i ze wszystkimi honorami, zaś feldmarszałek zamieszkał w jednym z domów dla załogi. Po zawarciu pokoju w Oliwie w 1660 roku Königsmarck nie angażował się ani w wielką politykę, ani w wojnę. Zmarł 3 lata później w Sztokholmie. Portret Königsmarcka pędzla Mateusza Meriana.

Chociaż z pewnością hrabia oraz earl wymienili między sobą uprzejmości, Middleton nie przedłużył swojego pobytu w Wisłoujściu, i czym prędzej ruszył do samego Gdańska.

 

Oskubani przez Williama Croftsa (1649/1650)

Zanim przyjrzymy się perypetiom Middletona i Turnera w Gdańsku, musimy zrozumieć źródła niepokoju tego drugiego co do powodzenia całej misji. Tak pułkownik wspominał swoje początki u boku generała-lejtnanta: 

Pospieszyłem do Brugii, gdzie ucałowałem dłonie króla oraz księcia Gloucester (ponieważ książę Yorku nie przybył jeszcze z Francji, chociaż miał to uczynić lada dzień) i zobaczyłem, że plany wysłania generała Middletona to Gdańska i Polaków są już bardzo zaawansowane; na początku października jego ekspedycja była gotowa. Wielkie sumy miały być wysłane do niego z Brukseli, aby mógł zwerbować tam armię. Nienawiść do Cromwella, która łączyła króla Polski i naszego króla, była niewątpliwa, ale spodziewana hojność szkockich kupców w Polsce była jedynie spekulacją. Zdrowym rozsądkiem było nie liczenie na ich pomoc, po tym jak zostali cztery czy pięć lat temu oskubani przez pana – teraz JUŻ lorda Croftsa.

Najciekawsze są ostatnie zdania tego fragmentu. Turner dobrze się orientował w poprzednich misjach Karola II do Polski. Kim był więc Crofts i dlaczego jego wizyta pozostawiła po sobie taki niesmak?

Fragment portretu Karola II Stuarta pędzla Philippa de Champaigne’a, 1653 r. Źródło clevelandart.org

Pierwsze misje dyplomatyczne William Crofts wykonywał jeszcze za czasów króla Karola I, zaraz przed wybuchem wojny domowej. Posłował do elektorowej Palatynatu, Elżbiety Stuart, siostry Karola, oraz do Hagi. Po wybuchu wojny domowej został wierny rojalistom.

Crofts przybył do Gdańska w 1649 roku. Śmierć Karola I z rąk własnych poddanych wywołała wielkie oburzenie polskiej szlachty, dla której angielska wojna domowa była niczym więcej jak udanym chłopskim buntem. Anglikowi udało się też zdobyć posłuch u króla Jana Kazimierza, który na Sejmie przeforsował nałożenie na wszystkich szkockich i angielskich kupców w Rzeczypospolitej specjalny podatek wynoszący 10% dochodów, który miał być przeznaczony na subsydium na wygnanego króla:

Fragment konstytucji sejmowej z 1650 roku 

W imię Pańskie, Amen.

JAN KAZIMIERZ

Z ŁASKI BOŻEJ KRÓL POLSKI

Wielki Xiążę Litewski, Ruski, Pruski,

Mazowiecki, Żmudzki, Inflancki, smoleński, 

czernihowski. A szwedzki, gocki, wandalski,

Dziedziczny KRÓL

Subsydium królowi J.M. angielskiemu

Zawdzięczając chęci dziada Jego Królewskiej Mości angielskiego, które Rzeczpospolitej tempore necessitatis belli Turcici oświadczył, chcąc mu jakakolwiek opem ferre in hac ipsius calamitate, nakładamy to na wszystkich kupców narodu angielskiego i szockiego w Koronie, w Wielkim Księstwie Litewskim, i wszystkich prowincjach Rzeczypospolitej będących, aby każdy z nich sub iuramento substancje swoje likwidowawszy od każdego sta złotych substancji swojej po dziesięciu złotych w miastach małych do urzędu miejskiego, a w duchownych i szlacheckich do pana swego najdalej ośm niedziel oddali sub poena pecularus. A panowie i urzędy miejskie te pieniądze do skarbów naszych koronnego i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Wielmożnym podskarbim naszym pro die 13. martii odesłać mają, którzy do rąk posła króla j.m. angielskiego za kwitem jego oddać one wielmożni podskarbiowe nasi będą powinni. A ci kupcy angielscy i szoccy oddawszy ten podatek do innych podatków Rzeczypospolitej na tym Sejmie uchwalonych,  okrom ceł naszych Rzeczypospolitej nie będą powinni.

tempore necessitatis belli Turcici w czasie wojny z Turcją
opem ferre in hac ipsius calamitate pomóc żelazem w czasie tego nieszczęścia
sub iuramento pod przysięgą
sub poena pecularus pod groźbą kary
 pro die 13. martii  do dnia 13 marca
substancja w języku staropolskim: majątek, mienie
okrom w języku staropolskim: oprócz

Lekcja pierwsza – kwestia szczęścia (1657)

 W dyplomacji szczęście jest istotnym czynnikiem, o czym możemy się przekonać śledząc dalsze losy Middletona i Turnera. Do miasta dotarli 17 lutego 1657 r. Dokładną datę znamy dzięki zapiskom pułkownika, który stwierdził, że ku naszemu wielkiemu rozczarowaniu, na siedem dni przed naszym przybyciem miasto opuścił król Polski, który zimował tutaj trzy miesiące.

W tym momencie po raz pierwszy zabrakło szczęścia wysłannikom. Minęli się z Janem Kazimierzem zaledwie kilka dni: król był już w drodze na południe Rzeczypospolitej, u boku regimentarza Stefana Czarnieckiego. 

Kiedy Jan Kazimierz powrócił do kraju ze śląskiego Głogówka  i złożył we Lwowie śluby, których wypełnienie mogło zmienić losy całego państwa, władca niezwłocznie udał się do niezłomnego miasta. 

Miasto jeszcze długo po wyjeździe monarchy żyło tą wizytą. Podczas gdy Szwedzi zdołali przemaszerować przez cały kraj, zajmując i niszcząc kolejne miasta i przyczółki, a zaszokowani urzędnicy uznawali Karola X Gustawa za swojego nowego władcę, Gdańsk pozostał niezdobytą twierdzą. Mieszczanie wykazali się niezachwianą wiernością królowi – uzbroili się, ufortyfikowali, zniszczyli własne przedmieścia i czekali na wrogich żołnierzy. Nie bali się wyprowadzać skutecznych wycieczek zbrojnych – gdańskie oddziały oswobodziły Oliwę i Puck, podczas gdy Szwedzi pustoszyli zaplecze. Do bezpośredniego oblężenia miasta jednak nigdy nie doszło. 

Kiedy Jan Kazimierz powrócił do kraju ze śląskiego Głogówka  i złożył we Lwowie śluby, których wypełnienie mogło zmienić losy całego państwa, władca niezwłocznie udał się do niezłomnego miasta. 

Jan Kazimierz wjechał do Gdańska 15 listopada 1656 roku. Powitały go salwy armatnie i zastępy wiwatujących mieszczan. Starym zwyczajem, w Ratuszu powitał  króla piękną mową miejski syndyk. W tamtym czasie tę zaszczytną funkcję piastował Wincenty Fabricius, którego obycie oraz dyplomatyczne umiejętności były podczas ciężkich lat wojny dla miasta nieocenione. Fabricius wręczył Janowi Kazimierzowi symboliczne klucze do miasta i wygłosił piękną orację, zapewniając o wierności miasta, co wzbudziło podziw całej królewskiej świty. 

Również próżność gdańszczan została odpowiednio połechtana. W imieniu władcy na słowa Fabriciusa odpowiedział jeden z najwierniejszych towarzyszy Jana Kazimierza, kanclerz wielki koronny Stefan Koryciński. Złożył im wiele pięknych obietnic i sławił ich odwagę –  oraz nieugiętość w obliczu tak groźnego przeciwnika. 

Jan Kazimierz zatrzymał się w kamienicach przy Długim Targu, i podczas swojej wizyty odwiedził w Wisłoujściu znanego nam już feldmarszałka Hansa Christoffa von Königsmarcka. O czym rozmawiali mężczyźni , źródła niestety milczą.

Starym zwyczajem, w Ratuszu powitał  króla piękną mową miejski syndyk. W tamtym czasie tę zaszczytną funkcję piastował Wincenty Fabricius, którego obycie oraz dyplomatyczne umiejętności były podczas ciężkich lat wojny dla miasta nieocenione. Fabricius wręczył Janowi Kazimierzowi symboliczne klucze do miasta i wygłosił piękną orację, zapewniając o wierności miasta, co wzbudziło podziw całej królewskiej świty. 

Jan Kazimierz w pośpiechu opuścił Gdańska 10 lutego, u boku przybyłego z wojskiem regimentarza Czarnieckiego, uciekając się przed coraz ciaśniej zaciskającą się szwedzką pętlą, oraz odpowiadając na nowe zagrożenie – najazd na Polskę księcia siedmiogrodzkiego, Jerzego Rakoczego. 

Stracił więc Middleton doskonałą okazję, aby osobiście stawić się przed polskim królem, by przekazać mu listy od Karola II oraz wyłożyć swoje zamiary. Być może wtedy ktoś z otoczenia Jana Kazimierza mógłby Szkotowi zwrócić uwagę, że planowany przez generała-lejtnanta zaciąg żołnierza i zebranie pieniędzy w momencie, kiedy cała Rzeczpospolita płonęła w wojennej pożodze, było czystym szaleństwem. Tak się jednak nie stało, a Middleton z nieuzasadnioną nadzieją patrzył w przyszłość. 

Najpierw musiał jednak wymigać się od opuszczenia bezpiecznego Gdańska, co skrzętnie odnotował Turner:

Kanclerz Polski napisał do generała, zapraszając go na dwór swojego pana, i zapewnił go o ciepłym przyjęciu. List był napisany w łacinie. Dobra okazja nadarzyła się, gdy zaproponowano nam miejsce wśród oddziału pięciuset pieszych, udających się do króla, ale generał, chcąc zebrać pieniądze, był zmuszony aby zostać. Napisał kilka oficjalnych wymówek do kanclerza. Na mnie spoczął obowiązek przetłumaczenia listu na łacinę (gdyż byłem jego jedynym sekretarzem znających łacinę oraz język wysoko niderlandzki), który został pokazany kilku polskim senatorom, zanim został wysłany. 

W tym samym czasie co Middleton i Turner, w Gdańsku przebywał chorąży wielki koronny Jan Sobieski, który pozostał w mieście z królewskiego rozkazu. To było pierwsze zetknięcie magnata z Morzem Bałtyckim i tym kupieckim emporium. W przyszłości pierwsze  zajmowało ważne miejsce w jego ambitnych planach i marzeniach, a do drugiego wielokrotnie wracał.

Dla lepszego wykazania jaką rolę szczęście odgrywa w dyplomacji, możemy również posłużyć się przykładem szkockich posłów. Po pierwszym zawodzie szczęście się do nich uśmiechnęło i przybrało oblicze ich rodaków: 

W Gdańsku powitali nas niektórzy ze szkockich kupców, przede wszystkich panowie Dumbar oraz Gallenden. Niektórzy żołnierze z regimentu lorda Cranstona przybyli do nas, z którymi niedługo później mogliśmy zabawić, dzięki pozwoleniu ze strony władz miasta (które powitały i zabawiły generała z największą grzecznością, jaką można sobie wyobrazić).

Chociaż tak naprawdę Middleton i Turner mieli wszelkie podstawy zakładać, że spotkają swoich krajan w tym akurat mieście.

Podczas II wojny północnej szkoccy żołnierze walczyli niemal we wszystkich armiach tego konfliktu. Lord Protektor Oliver Cromwell darzył katolicką Rzeczypospolitą wyjątkową niechęcią, i z równą pasją okazywał sympatię jej przeciwnikom. W listach do Chmielnickiego nazywał go biczem bożym na Polaków oraz wspomagał Szwecję w jej zmaganiach z Polską. William Cranston i jego regiment nie odznaczali się wielką lojalnością czy fanatyzmem – zostali zaciągnięci na służbę Karola X Gustawa w ramach polityki Cromwella, który dał uczestnikom rojalistycznego powstania Glencairna prosty wybór; więzienie albo służba Szwedom. Cranston wybrał to drugie. To niezwykle ciekawy zbieg okoliczności, ponieważ w powstaniu Glencairna brał udział również Middleton, który w pewnym momencie przejął nad nim dowództwo i od tamtego czasu Szkoci zaczęli ponosić kolejne porażki. Wracając do drugiej wojny północnej, regiment Cranstona przez jakiś czas okupował Toruń. Kiedy miasto w 1658 roku zostało odbite przez wojska Jana Kazimierza, część Szkotów została w mieście, gdzie osiedlili się na stałe i otrzymali miejskie obywatelstwo. Ta anegdota sprawia, że odrobinę łatwiej uwierzyć w plotki dotyczące pojmania szwedzkiego hrabiego. Powyżej: Szkoci na rycinie przedstawiającej Edynburg w 1581 r. Z dzieła Civitates Orbis Terrarum Brauna i Hogenberga. 

Pierwsze fale szkockich przybyszów dotarły do Gdańska już pod koniec XIV wieku – w 1477 roku w Gdańsku mieszkało około 180 przybyszów ze Szkocji. Stąd ruszali oni do innych miast pruskich.  

Od XIV wieku w dokumentach pojawiają się ślady handlu pomiędzy Albą i kupcami gdańskimi. Na szkockich statkach przywożono do Gdańska przede wszystkim sól, sukno oraz paczki kramarzy (a w nich: zwierzęce skórki oraz wełnę), które z racji swojej niskiej ceny znajdowały odbiorców przede wszystkim wśród mniej zamożnych. Wymiana handlowa odbywała się przede wszystkim ze stosunkowo niewielkimi wówczas miastami: Edynburgiem, Dundee i Aberdeen, dla których owocne partnerstwo z miastami Hanzy było priorytetowym warunkiem przetrwania. Z kolei w drugą stronę statki odpływały ze zbożem, potażem, mąką, woskiem czy szwedzkim żelazem – osmundem. 

Nie wszyscy przybysze zajmowali się handlem, przyjmując miejskie obywatelstwo. Wielu Szkotów wybrało życie w drodze. Wyruszali w głąb prowincji, do wsi pomorskich, przyjmując rolę wędrownych domokrążców i kramarzy. To zjawisko nasiliło się jeszcze bardziej po 1454 roku, czyli po włączeniu Gdańska do Rzeczypospolitej i późniejszym powstaniu Prus Królewskich. 

Ci wędrowni Szkoci, omijający pośredników i trafiający wprost do klienta, niejednokrotnie budzili wściekłość pruskich mieszczan – Henryk Samson wspomina nawet o pogromach, które dotykały z tego powodu Szkotów. W 1525 roku wydano nawet specjalny edykt wymierzony w tych wędrownych sprzedawców. Już kilka dekad później, dzięki przywilejom wydanym przez Stefana Batorego, szkocka mniejszość w Polsce zwiększała się. Do tego stopnia, że jeden ze szkockich podróżników, William Lithgow, zapisał na początku XVII wieku:

Gdy przybyłem, do Krakowa, stołecznego miasta Polski (aczkolwiek o małym znaczeniu), spotkałem się z wieloma szkockimi kupcami, którzy uradowali się na mój widok – przede wszystkim dwóch braci Dicksonów, słynących ze swojej uczciwości i zamożności. (…)

Lublin leży w połowie drogi między Krakowem i Warszawą. Tutaj spotkałem wielką ilość moich bogatych krajanów, parających się handlem, którzy wszyscy byli dla mnie bardzo uprzejmi, tak samo zresztą jak w każdym miejscu w którym się pojawiłem. (…) 

Mogę Polskę nazwać matką i żywicielką, ponieważ co rok trafia tutaj wiele młodych Szkotów, których kraj ten odziewa, karmi i wzbogaca obfitością najlepszych plonów i darów, a ponadto trzydzieści tysięcy szkockich rodzin żyje na jej łonie. Z pewnością Polska może być z tego powodu nazywana matką naszego ludu i jednym z powodów bogactwa naszych najlepszych kupców, a przynajmniej znacznej ich większości. 

Mieszkający w Polsce Brytowie powitali królewskich wysłanników z dużą dozą nieufności  (całkowicie zrozumiałą biorąc pod uwagę świeże wspomnienia po wizycie Williama Croftsa). 

Lekcja druga – kwestia pieniędzy (1657)

 

Szczęście, chociaż istotne, ustępuje jednak w dyplomacji innemu czynnikowi – pieniądzom. Do skutecznego wypełniania powierzonych zdań są one absolutnie niezbędne. 

Pierwsze wojskowe szlify Middleton zdobywał w służbie Francuzów jako zaciężny pikinier. Wrócił do ojczyzny, aby wziąć udział w wojnie domowej. Trudno dokładnie prześledzić jego karierę w tym okresie: raz walczył przeciwko królowi, a raz w jego obronie. Raz służył pod sztandarem rojalistycznego generała Montrose’a, aby później przejść na stronę jego przeciwników. Powyżej: Portret Middletona pędzla Jakuba Huysmansa.

Pierwsze problemy finansowe Middletona pojawiły się już na długo przed tym, jak postawił on nogę w Wisłoujściu. Z dworu króla, który przebywał w Brukseli, płynęły do generała liczne obietnice wielkich sum pieniędzy, które miały być przeznaczone na werbunek żołnierzy w Polsce. Jednak niewiele z nich się ziściła. 

Middleton długo czekał na pieniądze w Amsterdamie, z którego miał wyruszyć do Polski. Czekał tak długo, że wydał niemalże wszystkie środki, którymi dysponował. Niewiele brakowało, a misja w ogóle by się nie odbyła – jednak w końcu angielski kupiec, sir William Davidson, zdołał załatwić środek transportu. Widok skromnego poselstwa musiał dodatkowo wzbudzić w nim współczucie, ponieważ z własnej kieszeni zaopatrzył Middletona i jego ludzi we wszelkie potrzebne aprowizacje na morską podróż. 

Pieniądze z dworu nie doszły do Middletona – ponieważ nie zostały wysłane – również podczas jego pobytu w Gdańsku.

Generał i ja byliśmy wyczerpani, pożyczyliśmy pieniądze od władz miasta oraz prywatnych osób. zapisał Turner – jednak i te kwoty wydaliśmy, więc byliśmy zmuszeni rozpuścić naszych żołnierzy których poleciliśmy jednemu niemieckiemu baronowi, który wybierał się do Danii. Niedługo po tym byliśmy zmuszeni opuścić gospodę, w której byliśmy zakwaterowani.

Sytuacja w której znaleźli się wysłannicy Karola II była tragiczna. Ich misją był werbunek żołnierzy oraz zebranie środków na kampanię przeciwko Cromwellowi – tymczasem musieli odesłać garstkę własnych wojaków i pożyczać pieniądze na własne utrzymanie. Niestety pułkownik nie podaje, w której gospodzie się zatrzymali – jednak sam fakt, że nie zostali przyjęci do domu któregoś z mieszczan szkockiego bądź angielskiego pochodzenia, świadczy o nieufności którą byli obdarzeni. Sytuacja była zła.

A miała stać się jeszcze gorsza. 

Nasza pożyczka przepadła, pieniądze zostały wydane, a wszystko co mieliśmy oprócz odzienia na sobie zostało skonfiskowane. W takich żałosnych warunkach bardziej niż żyliśmy, to egzystowaliśmy rzez trzy miesiące. Wiele pocieszających listów zostało napisanych do generała z dworu, ale ponieważ w niektórych swoich listach wyraził swoje niezadowolenie ze swojej sytuacji i potraktowania, jeden z moich rodaków uczynił mi dobry uczynek i poinformował kanclerza Hyde’a, że to ja podburzyłem generała do jego niezadowolenia z całego dworu. (…)

Ciężkie warunki w których się znaleźli oraz upokorzenie załamały earla Middleton. Co mi z listów od króla i jego urzędników – myślał – skoro nie mogę za nimi zapłacić za jedzenie i dach nad głową? Wysyłał więc do Niderlandów odpowiedzi pełne gniewu i złośliwości, w których skarżył się na niesprawiedliwe traktowanie. Nie było to najmądrzejsze zachowanie, dlatego w sukurs przyszedł Turner, który zaproponował aby część winy za zachowanie generała przypisać sobie. Możemy się domyślać, że w tamtym momencie szkocki pułkownik miał już serdecznie dosyć sytuacji w której się znalazł: nie mógł liczyć na służbę u Jana Kazimierza, a wszystkie zadanie powierzone Middletonowi wobec fatalnej sytuacji finansowej stały się niemożliwe do wykonania. Dlatego Turner postanowił opuścić Gdańsk i udać się do Danii, która wojowała ze Szwecją. 

Po tym wszystkim wyłożyłem generałowi, że jestem mu niepotrzebny, gdyż wszystkie nadzieje że powodzenie naszej misji się rozwiały, zaś ja straciłem dużo czasu, a tymczasem tak wiele działo się w całym chrześcijańskim świecie. Dlatego poprosiłem generała o pozwolenie na odejście o ofiarowanie moich usług królowi Danii. Zostało mi one udzielone, wraz ze świadectwem mojej wierności i pracowitości, które mam w posiadaniu do dzisiaj. W tym czasie sir William Davidson przysłał mi 50 talarów, osoba która była mi dłużna 20 zwróciła mi je, zaś stary Mr. Gellenden pożyczył mi kolejne tyle (które po upływie pięciu tygodni uczciwie oddałem), więc mogłem zaopatrzyć się że wszystkie potrzebne zapasy w Gdańsku i odbyć podróż do Sundu. Pożegnałem się z czterema burmistrzami,, którym wszystkim wiele zawdzięczałem, ale powiedziałem im że udaje się do Flandrii, po dalsze wskazówki dla generała. Generał pożegnał mnie z wielką uprzejmością i wieloma uściskami, i tak będąc odprowadzonym do Mundy przez pułkownika Durhama, udałem się w stronę Danii. 

Middleton został jednak w Gdańsku, i wciąż wysyłał listy na dwór, prosząc o pieniądze na spłatę dłużników. W końcu w lipcu 1657 roku doczekał się pewnego reakcji: sam król Karol II Stuart napisał list do miasta Gdańska: 

List króla Anglii i Szkocji Karola II Stuarta

 do miasta Gdańska

Zostaliśmy poinformowani przez naszego zaufanego i szanowanego sługę, generała-lejtnanta Middletona, o wielkiej sympatii i szacunku któryście nam okazali przez jego przyjęcie, oraz przez przekazanie mu życzeń powodzenia w naszych zmaganiach przeciwko zbuntowanym poddanym. 

Jednocześnie przekazał nam, że zawiedziony zebraniem mniejszej ilości pieniędzy w porównaniu do tego na co liczyliśmy, znalazłby się w wielkich tarapatach, gdyby nie został przez was zaopatrzony w pożyczki pieniędzy, za które przekazujemy wam nasze serdeczne podziękowania. Przekazujemy również nasze pragnienie, abyście odroczyli termin ich spłaty na jakiś czas, i gdyby mój sługa spłacił część zobowiązań które zaciągnął w mieście w naszej służbie, abyście udzielili mu pożyczki na tysiąc talarów. 

Dajemy nasze królewskie słowo, że całość zostanie sprawiedliwie wam spłacona, i nie wątpimy, że sam Bóg pobłogosławi nam, abyśmy w krótkim czasie byli w stanie wykazać wdzięczność którą mamy za waszą sympatię przez uczynienie wam dobrych uczynków oraz dowodów przyjaźni, którą nasi poprzednicy zawsze okazywali miastu, którego bezpieczeństwo, wolność oraz przywileje zawsze będą naszą troską. Dlatego polecamy was obronie Boga, który, mamy nadzieję, obroni was przed waszymi wrogami. 

Dane na naszym dworze w Brukseli.

 

Middleton przezimował w Gdańsku, spłacając swoich najbardziej przekonujących wierzycieli. Generał musiał czuć się paskudnie – niczego nie wskórał i tylko narobił sobie długów. Wyobrażam sobie, że podczas długich, zimnych wieczór Middleton wpatrywał się w ogień paleniska i w myślach przeklinał najbliższych współpracowników króla, którzy nie potrafili spełnić swoich obietnic. 

Ostatni raz oddajmy miejsce słowom Jamesa Turnera:

Generał Middleton po tym jak go opuściłem, całą zimę spędził w Gdańsku. Następnej wiosny zostało my wysłane tyle pieniędzy, ile król mógł przeznaczyć na ten cel, dzięki czemu generał mógł spłacić swoich najbardziej niecierpliwych dłużników (ponieważ nie był w stanie spłacić wszystkich długów), kupić kilka koni, i towarzyszyć majorowi Murrayowi i jednemu słudze w jego podróży do kilku miejsc w Niemczech, w tym do elektorów Brandenburgii i Saksonii, po czym wrócił do naszego pana, króla, na jego dwór w Brukseli, gdzie został łaskawie powitany. 

W końcu wszyscy wysłani przez króla wysłannicy opuścili Gdańsk, w którym nie osiągnęli absolutnie nic, oprócz zaciągnięcia wielu długów. 

W końcu Karol II Stuart odzyskał w 1660 roku swój tron, a wraz z nim do Anglii wrócili wszyscy wierni mu poddani, łącznie z Johnem Middletonem. Spłynęły na niego kolejne zaszczyty i nagrody – został przewodniczącym szkockiego parlamentu, dowódcą zamku w Edynburgu i jednocześnie głównodowodzącym królewskim sił na północy kraju. Wziął udział w pogrzebie swojego niegdysiejszego wroga i sojusznika, lorda Montros’ea, którego rozczłonkowane ciało zebrano i pochowano z godnością. Generał-lejtnant umarł w 1674 roku, pozostawiając po sobie opinię odważnego, wiernego żołnierza . Jestem przekonany, że do końca życia nie chwalił się swoją misją do Polski, podczas której z powodu długów skonfiskowano jego ubrania.

Co się zaś tyczy Jamesa Turnera, podobnie jak Middleton wrócił po 1660 roku do ojczyzny. Został przez Karola II pasowany na rycerza i dostał pod swoją komendę królewskie oddziały stacjonujące w Szkocji. W przeciwieństwie do Middletona, zasłynął głównie przez swoje okrucieństwo i krwawe tłumienie wszelkiego oporu. 

Chociaż misja Middletona do Gdańska to jedynie niewielki epizod w historii dyplomatycznych działań dworu Karola II, równocześnie jest to fantastyczna opowieść z Gdańskiem w tle. Dzięki wspomnieniom Jamesa Turnera i dokumentom kanclerza Hyde’a możemy odmalować obraz zawiedzionych ludzi, przebywających z dala od domu, którzy bez grosza przy duszy próbowali wyjść z sytuacji bez wyjścia. 

Ta historia niesie ze sobą również dwie pożyteczne lekcje z dyplomacji – zarówno szczęście, jak i pieniądze, zdają się w tej sztuce absolutnie niezbędne. Dzieje dynastii Stuartów wydają się to potwierdzać, ponieważ pech towarzyszył Karolowi I aż do dnia jego egzekucji, z kolei Karol II potrzebował dużego szczęścia, aby swój tron odzyskać. 

 

Dodaj komentarz