MOROWE WYCINKI Z DZIENNIKA DOKTORA GOTTWALDA15 minut lektury

Fragment obrazu Triumf śmierci Pietera Bruegela starszego, 1562 r. Źródło: Wikimedia commons

Epidemia dżumy, która nawiedziła Gdańsk w 1709 roku, zebrała upiorne żniwo – niemal 25 tysięcy mieszkańców zostało ściętych kosą Czarnej Śmierci. Jeden z gdańskich lekarzy, Johann Christoph Gottwald, brał czynny udział w zwalczaniu choroby. Podczas tej nierównej walki zapłacił straszliwą cenę, ponieważ zaraza dostała się do jego domu i zabrała członków jego rodziny, jednak doktor Gottwald przeżył – i stał się autorem szczegółowej relacji z tego makabrycznego roku. Oto kilka morowych wycinków z jego dziennika. 


Rycina Samuela Donneta z 1709 roku, przedstawiająca dżumę w Gdańsku. Źródło: polona.pl

Z araza wybuchła gdzieś na południu Rzeczpospolitej – pierwsze znane ognisko choroby to Pińczów. Odpowiedzialnością za dżumę obarczono szwedzkie bataliony, które na rozkaz Karola XII niespodziewanie skutecznie rozdeptywały pola bitewne od Krakowa aż po czernihowski Baturyn. Podczas wielkiej wojny północnej Rzeczpospolita była polem bitwy, na którym ścierały się wojska szwedzkie, rosyjskie i saskie, zaś Polacy walczyli ze sobą podzieleni na dwa obozy – zwolenników Augusta II i Stanisława Leszczyńskiego. Zaraza rozpoczęła swoją krwawą wędrówkę na północ – od Krakowa i Lwowa, przez Poznań, aż po Bydgoszcz i Toruń. W końcu, pod koniec 1708 roku, zaraza pojawiła się w gdańskich przedmieściach, a wkrótce przedostała się również za mury samego miasta.

Doktor Johann Christopa Gottwalda został poproszony przez władze lazaretu przy Bramie Oliwskiej o pomoc w leczeniu chorych. Uczony zgodził się, obejrzał chorych i dał stosowne zalecenia co do dalszego postępowania. Doktor Gottwald był absolwentem Gimnazjum Akademickiego, zaś studenckie lata spędził w krajach niemieckich – między innymi w Lipsku i Rostoku. Po tym jak otrzymał godność doktora medycyny, gdańszczanin powrócił do swojego rodzinnego miasta, gdzie założył rodzinę i rozpoczął praktykę lekarską. Nieszczęście szybko dotknęło również dom Gottwaldów, ponieważ mór zabrał córkę lekarza – Renatę Konstancję. 

Przebieg epidemii znamy dzięki relacji tego gdańskiego doktora, który spisał swoje wspomnienia oraz je opublikował w języku niemieckim w 1710 roku. Dwa lata później zostały one przetłumaczone na język angielski oraz wydrukowane w jednym z pierwszych międzynarodowych periodyków naukowych, czyli w angielskich Philosophical Transactions. Poniższe wycinki są przetłumaczone właśnie z tego wydania.

PRZED ZARAZĄ – STRACH. OMENY 1708 ROKU

W edług Gottwalda, już na rok przed właściwą epidemią można było zaobserwować pierwsze zwiastuny nadciągającej klęski. Niektórzy gdańszczanie odczuwali irracjonalny strach i napięcie, które były wzmagane przez inne znaki:

Zanim ta okropna katastrofa dotknęła nasze miasto, wielu ludzi było targanych wewnętrznym strachem, od którego nie można było uciec (…). Właściwym będzie wspomnieć o niezwyczajnych znakach, które można było zaobserwować przed nadejściem zarazy. Jednym z nich była niezwykła ilość pająków, która pojawiła się w mieście na rok przed zarazą – od jednego z wiejskich dozorców słyszałem, że gdy spojrzał na swojego pracownika, ten był cały pokryty tymi stworzeniami. To samo zjawisko, jako zwiastun morowego powietrza, było zauważane przez uczonego doktora Augusta Kwiryna Rivinusa. Ja również zauważyłem wiele pająków wokół własnego domostwa.

Czy rzeczywiście Gdańsk na rok przed plagą był oblegany przez pajęcze oddziały? Trudno dzisiaj stwierdzić czy obserwacje Gottwalda były całkowicie zgodne z prawdą, czy uczony bezwiednie przypisał tym często budzącym odrazę stworzeniom rolę zwiastunów plagi. W analogiczny sposób pisano w basenie Morza Śródziemnego o szarańczy, która miała pojawiać się przed epidemią. W połowie XIV wieku przed wybuchem wielkiej epidemią we Wiedniu również opisano zaskakująco dużą ilość pająków, myszy i wszelkiego rodzaju insektów. Niekiedy pająki obwiniano również za rozprzestrzenianie zarazy. Zresztą sam Gottwald powołuje się na współczesnego mu niemieckiego botanika Rivinusa, który potwierdził podobne zjawisko.

Zima przed rokiem zarazy była najmroźniejsza, odkąd ludzie sięgają pamięcią. Mróz pojawił się drugiego dnia świąt, i trzymał aż do Wielkiej Nocy; podczas tego okresu spadło tyle śniegu, że musieliśmy wynająć wiele wozów aby wywieźć go z ulic, w przeciwnym wypadku mógłby narobić wiele szkód (…)

W tym wypadku sprawa wygląda inaczej, ponieważ rzeczywiście zima 1708 r. była w Europie wyjątkowo ciężka. Według opowieści, Bałtyk można było przebyć konno, a na zamarzniętych kanałach Wenecji urządzano wyścigi łyżwiarskie. W wielu innych krajach pojawiało się to samo stwierdzenie co u Gottwalda – że nikt z żyjących nie pamięta tak srogiej zimy. Zarówno zima 1708, jak i 1709 roku były w Europie rekordowe pod względem chłodu. Siarczysty mróz zebrał na kontynencie równie krwawe żniwo – tysiące ludzi zmarło z wychłodzenia, podobnie jak zwierzęta domowe i gospodarskie. W Paryżu, odciętym przez mróz od reszty świata, zanotowano nawet przypadki kanibalizmu. Powody takiej zimy są wciąż zagadką zarówno dla historyków, jak i dla klimatologów. 

Fragment obrazu Myśliwi na śniegu Pietera Bruegela starszego, 1565 r. Źródło: Wikimedia commons

ZARAZA PRZYCHODZI Z PRZEDMIEŚĆ

G dy zaraza zbliżała się do miasta, władze próbowały podejmować działania mające ochronić Gdańsk. Wydawano edykty zakazujące wstępu do miasta tym, którzy nie mogli udowodnić że są zdrowi – za złamanie tego prawa groziła nawet śmierć na podmiejskiej szubienicy. Specjalni urzędnicy miejscy zajmowali się sprawami higieny i zdrowia – oprócz kontroli wjeżdżających, sprzątano również ulice i nakazywano wyrzucenie nieczystości. Z drugiej jednak strony, nie zamknięto bram miejskich i nie zaprzestano handlu – jak gdyby rajcy bardziej niż zarazy bali się utraty potencjalnych zysków. Pierwsze przypadki choroby pojawiły się na przedmieściach późną jesienią 1708 roku:

Zaraza na początku dotknęła przedmieścia, które leżą zaraz za murami (…) i które nazywają się Siedlce. Z tego miejsca plaga rozprzestrzeniła się w stronę wschodu i zachodu, do miasta, oraz zaatakowała ludzi mieszkających przy Nowych Ogrodach. Dotknęła również Stare Szkoty, Orunię i Świętego Wojciecha (…). Dalej mór ruszył na południe, wschód i północ do odległych miejsc, aż dotarł do otwartego morza, gdzie spustoszył ziemie należące do miasta.

 

CZARNA ŚMIERĆ GRASUJE NAD MOTŁAWĄ

 

Fragment obrazu Michela Serre przedtsawiającego dżumę w Marsylii, 1721 r. Źródło: Wikimedia Commons

O prócz mających swoje korzenie jeszcze w średniowieczu starych szpitali (między innymi św. Elżbiety, św. Ducha, św. Barbarym, Wszystkich Świętych Aniołów oraz szpitala zakaźnego, czyli lazaretu) otworzono dodatkowe placówki dla chorych. Zarażonym pomagali miejscy lekarze, którzy niejednokrotnie sami padali ofiarami choroby.

Pierwszym ogniskiem choroby w Gdańsku było Rębowo (Rammbau, obecnie rejon ulicy Krosna) na Starym Mieście, zamieszkiwane przez biedniejszą ludność.

Stworzono specjalne organy mające zajmować się walką z dżumą. Zostało w tym celu powołane specjalne Kolegium Zdrowia (Collegium Sanitatis), w skład którego wchodziło kilku komisarzy i reprezentantów Trzeciego Ordynku. Kontrolowali oni dostawy prowiantu dla chorych, aprowizację szpitali i bardziej ponure zadania – jak kwestie masowych pochówków. Gottwald tak opisał tamten okres:

Do końca sierpnia zaraza rozpleniła się niemal w całym mieście. Dołożono wszelkich starań: aby ulżyć najbiedniejszym (których w mieście jest niemała liczba) za pomocą pożywienia oraz leków, aby trzymać ulice oraz domy w czystości, aby ograniczyć kontakt z zarażonymi, oraz aby grzebać zmarłych od razu, w miejscach do tego wyznaczonych (…)

Oprócz tego, otworzono Domy Zarazy (Pesthouses, czyli szpitale dla chorych zakaźnie), wyposażone we wszelkie niezbędne środki, łącznie z dozorcami oraz służbą. Aby pokryć te wydatki zebrano dużą sumę pieniędzy. (…) Wozy i dwukółki krążyły po mieście od rana do późnej nocy – te pierwsze do przewożenia zwłok, drugie zaś do przewożenia chorych do szpitali.

Doktor Gottwald zauważył również wiele znaków obecności dżumy w mieście:

11 sierpnia o dwunastej w południe zauważyłem śmierdzącą mgłę, która wyglądała jak gęsta chmura (…). Wróciła o godzinie szesnastej z północnego zachodu, tak gęsta, że przesłoniła światło słoneczne i zasłaniała wzrok. Nie była niebieska czy szara, jak zwykła mgła, ale czarno-żółta (…). Drugi znak zepsucia grasującego w powietrzu pojawił się na początku października. Była to niebieska kula, która przybyła z północnego zachodu, około jedenastej wieczorem, i wystrzeliła w stronę miasta jak strzała wypuszczona z cięciwy tak, że wydawało się iż upadła gdzieś na południe od miasta. W ciągu swojego lotu wydzielała z siebie intensywne światło nad dachami domów, co widziałem ja sam, wielu innych świadków, i co było przekazane władzom miejskich przez żołnierzy pełniących wartę tej nocy. (…)

Trzecim znakiem zarazy w powietrzu (…) była obserwacja uczonego doktora Samuela Schelwiga – w lipcu wrony, kawki, wróble oraz inne ptaki, które powszechnie występowały zarówno w mieście jak i w ogrodach, wszystkie uciekły, i nie było ich widać aż do listopada. To samo zjawisko dotyczyło bocianów i jaskółek, a ja mogę poświadczyć, że nie widziałem żadnych z tych ptaków przez te cztery miesiące.

BOHATEROWIE BEZ PELERYNY – CHIRURDZY

P odczas epidemii w 1709 roku nieocenioną rolę odegrali chirurdzy. Chirurdzy i balwierze (cyrulicy) posiadali swój cech, ponieważ ich fach bardziej przynależał do świata rzemiosła niż medycyny – chociaż posiadali niemałą wiedzę w tym zakresie, zwłaszcza, co nie dziwi, z dziedziny anatomii.

 

Muszę jeszcze wspomnieć o trzecim fundamencie leczenia, czyli o chirurgii. Ta sztuka okazała się dla nas wielką ulgą. W obliczu braku lekarza i konieczności radzenia sobie z zarazą, często chirurg musiał wykazać się największymi umiejętnościami – i w istocie mieliśmy wielu umiejętnych i oddanych chirurgów, którzy pomagali w przygotowaniu medykamentów. Wielu z nich w ciężkim boju z chorobą straciło życie. Jednak to niesamowite jak wielu zwykłych ludzi (nawet tych z dymienicami o karbunkułami) udało się wyleczyć. 

Podczas epidemii wszyscy gdańscy chirurdzy mieli pełne ręce roboty. Krążyli między szpitalami, przytułkami i domami zarażonych; dawali też dyspozycje swoim czeladnikom i posłańcom, którzy dostarczali leki chorym. To właśnie chirurdzy – a nie lekarze – byli pierwszą linią obrony, oni również wykonywali najgorszą część pracy. Co więcej, lekarze często odznaczali się tchórzostwem – leczyli jedynie najbogatszych mieszkańców za duże pieniądze lub uciekali z miasta.

 

DYMIENICE, CZYRAKI, KARBUNKUŁY…

 

Detal z ryciny Samuela Donneta. Widoczny charakterystyczny widok – ludzie palący fajki.

Dżuma była utożsamiana z zatrutym powietrzem. Ta straszliwa choroba zbierała okrutne żniwo, a jej przejście było dla społeczności wielką traumą. Epidemii towarzyszył strach, histeria i niezwyczajne zachowania ludzi. Samo wystąpienie objawów mogło wywołać różne reakcje – od euforii i szaleńczej ucieczki w zabawę i alkohol, do depresji, histerii i załamania nerwowego.

W pierwszej fazie choroby pojawiała się wysoka gorączka i ból głowy oraz mięśni. Szybko pojawiały się pierwsze zmiany skórne, które puchnęły w bolesny sposób i ropiały. Jak można się domyślić, podczas epidemii w mieście musiał panować smród ciężki do opisania – mieszała się ze sobą woń zwłok, krwi, potu i wydzielin. Gottwald opisał zaobserwowane symptomy choroby:

Dymienice, które są pierwszymi z zewnętrznych oznak dżumy, znajdują się głęboko w skórze, i z początku są twarde, nieruchome i okrągłe. Później rosną i można je poruszyć. Na wierzchu nie wyglądają na czerwone, dopóki nie dojrzeją. Zazwyczaj dymienice pojawiają się na pachwinach oraz w okolicach pach i szyi. Większości towarzyszy agresywny, przekłuwający ból oraz inne wewnętrzne symptomy, takie jak ból głowy i pleców, naprzemienne fale zimna i gorąca, niepokój, omdlenia i często również nieznośne wymioty (…).

Czyraki różnią się od dymienic, że pojawiają się w bardziej umięśnionych częściach – najczęściej w liczbie pięciu, siedmiu lub dziewięciu. Czasami są czerwone i napuchają bardziej niż dymienice. Powodują bardzo intensywny ból, który skutecznie zaburza spokój pacjenta. Inne symptomy są podobne do dymienic, i zawsze występują z gorączką i bólem w brzuchu i plecach.

Karbunkuły oraz pęcherze są bardziej zgubne i występują w przeróżnych rodzajach: mogę zaręczyć, że raz zauważone i poddane obserwacji, było możliwe opisanie wśród nich wielu dziwnych kształtów i gatunków. (…) Wszystkie karbunkuły są głęboko zakorzenione i na początku bardzo mocno pieką. Inne symptomy występujące wraz z nimi są bardzo nieprzyjemne: zmęczenie, majaczenia, utrata sił, ból głowy i pleców, niepokój, płonące trzewia, pragnienie etc. (…)

Wybroczyny czyli te złośliwe miejsca, które występują w chorobie, są dobrze znane i bardzo niebezpieczne. Podczas zarazy zaobserwowałem cztery osobne gatunki wybroczyn. (…) We wszystkich objawami są bóle w lędźwiach i głowie, wymioty, biegunki, palpitacje serca, napady lęku, omdlenia, dreszcze obejmujące całe ciało, majaczenia, epilepsje, letarg, oblicze Hipokratesa, krwawienie z nosa oraz nadmiernie miesięczne krwawienie. W skrócie, objawy są tak liczne i różne, że nie sposób zaobserwować je wszystkie. (…)

ZALECENIA DOKTORA GOTTWALDA

Jak prawdziwy lekarz, Gottwald miał swoją ugruntowaną opinię na temat leczenia dżumy – lub łagodzenia jej objawów. Za bardzo ważną część uważał odpowiednią dietę. Z irytacją stwierdził, że nie wszyscy chcieli stosować się do jego zaleceń:

Najpowszechniejsza brandy była odradzana i zakazana, zamiast tego zalecało się francuską brandy, która przynosiła wielkie korzyści: przynosi ulgę od strachu i niepokoju (…) Domowe zioła, owoce z ogrodów i inne rośliny, które powodują wzdęcia, a także mocno solone i marynowane mięsa, były niedozwolone, ale ludzie nie przejmowali się tym za bardzo, oprócz garstki najostrożniejszych (…). Wielu wybrało również, martwiąc się o powietrze, życie na wsi zamiast w mieście.

Zatem jakie lekarstwa i specyfiki zalecał Gottwald?

Wnętrze francuskiej apteki około 1700 roku. Źródło: Wellcome Collection

 

Wśród nieskomplikowanych leków stosowanych doustnie, które wielce szanowano, były: dzięgiel chiński (Radix Angelicae), kalamus (Calamus Aromaticus), mirra czerwona (Murrha rubra), siarka (Suplhur), saletra (Nitrum), ruta (Ruta) i tym podobne.

Z leków bardziej skomplikowanych prym wiodły: driakiew, różne medykamenty z octu morowego, kołaczyki, różne proszki, nie wyłączając prochu strzelniczego. Niektórzy wytrwale pili własny mocz; jak im to pomagało, jakie czerpali z tego korzyści, najlepiej wiedzieli oni sami (…) Ci [lekarze] którzy byli zobowiązani do częstego kontaktu ze swoimi pacjentami, robili użytek z octu przygotowanego na tę właśnie okoliczność, a którego zapachem przesiąkali.(…)

Na wielu rycinach ilustrujących czas epidemii pojawia się znajomy motyw – ludzie palący fajkę. Wielu wierzyło że dym może  odpędzić złe powietrze. Inni palili fajki aby chociaż odrobinę złagodzić smród:

Aby pozbyć się niemiłego zapachu, który często unosił się w komnatach chorych, okadzaliśmy pomieszczenia jałowcem, octem, różnymi proszkami, świecami a przede wszystkim czarnym prochem – ten ostatni musi być potraktowany z największą ostrożnością. Najcześciej mieszałem czerwoną mirrę z saletrą gotowaną w occie, i kazałem rozlewać miksturę na rozgrzany kafel, aby opary rozeszły się po całym wnętrzu.

6 MIESIĘCY GROZY

Rycina przedstawiająca doktora Gottwalda (F. C. Göbel za. M. Wernerinem). Źródło: Wikimedia Commons

Zaraza grasowała przez pół roku, zabierając ze sobą prawie 25 tysięcy gdańszczan. Dżuma zmieniła miasto. Z czasem na wyludnionych ulicach pojawiali się nowi przybysze z całej Europy, szukający szczęścia i nowego życia w wielkim porcie Bałtyku. Nigdy wcześniej – ani nigdy później – tak straszliwa epidemia nie dotknęła Gdańska. Wraz z licznymi wojnami, zaraza była jednym z objawów powolnego upadku znaczenia miasta, które nigdy nie wróciło do czasów swojej największej chwały.

Sam Johann Christoph Gottwald przeżył czas zarazy.Zmarł 1 sierpnia 1713 roku. Pozostawił po sobie niezwykle ciekawą kolekcję naturaliów, która została kupiona przez samego cara Piotra Wielkiego – ale to jest temat na inną okazję…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: