DWÓCH UCZONYCH I MAMUT, CZYLI POCZĄTKI PALEONTOLOGII W RZECZPOSPOLITEJ12 minut lektury

0 Udostępnień

Na lodowatych pustkowiach Syberii kości mamutów były znajdowane przez setki lat, a ludzie przypisywali je mitycznym zwierzętom i przedpotopowym olbrzymom. Prawdę o włochatych słoniach zaczęto odkrywać dopiero w XVIII wieku – a to dzięki przypadkowi, wielkiej wojnie i dwóm uczonym dżentelmenom z Gdańska.


CARSKA WIZYTA, CZYLI PRZYPADEK NUMER JEDEN

 

W marcu 1716 r. podgdańska Gęsia Karczma, znajdująca się przy przeprawie przez Martwą Wisłę, gościła w swoich progach specjalnego gościa – samego cara Piotra I. Rosyjski władca był w trakcie swojej podróży na zachód, jednak chciał odwiedzić również Gdańsk – ale jego mieszkańcy oczekiwali tej wizytą z dużym dystansem i maskowaną niechęcią.

Od szesnastu lat w całym basenie Morza Bałtyckiego płonęły ogniska wielkiej wojny północnej. Konflikt, który w zamierzeniu agresorów miał być szybkim i skutecznym upokorzeniem Szwecji, stał się długą, wyniszczającą wojną która miała całkowicie zmienić europejską scenę polityczną. Młodziutki król Szwecji Karol XII okazał się genialnym dowódcą, który pewnie kroczył od jednego zwycięstwa do drugiego. Dopiero bitwa pod Połtawą w 1709 zatrzymała pochód Karola, i jednocześnie stała się punktem zwrotnym dla coraz jaśniejszej gwiazdy rosyjskiego cara.

Jedną z aren zmagań wojennych była Rzeczpospolita, która z początku neutralna, została wciągnięta w wir wydarzeń wojennych przez Augusta II Mocnego, który formalnie wypowiedział wojnę Szwecji jako elektor Saksonii, a nie król elekcyjny. Obie strony nic sobie jednak nie robiły z tej pozornej neutralności.

W 1716 r. gdańszczanie musieli dobrze pamiętać zachowanie cara i jego generałów z poprzednich lat. Rosyjscy żołnierze bywali zakwaterowani w gdańskich osadach, zaś w stronę Rady ustawicznie kierowano kolejne żądania finansowe, które z różnym skutkiem były odrzucane przez włodarzy miasta. Tym razem miał dwa powody, żeby odwiedzić gród nad Motławą: po pierwsze, zakochany w morzu władca chciał zobaczyć na własne oczy potencjał portu gdańskiego jako potencjalnego przyczółka dla sił rosyjskich do walki z flotą szwedzką admirała Sparrego. Po drugie, do Gdańska miał przybyć przyjaciel i sojusznik cara – król August II. Przyjaźń obu monarchów miała w sobie coś symbolicznego – jeden z nich głośno i wytrwale wprowadzał swoje państwo do grona europejskich mocarstw, podczas gdy drugi zdawał się nawet nie zauważać, że powoli robi coś dokładnie odwrotnego.

Car rezydował w Gdańsku dwa miesiące. Podczas jego pobytu Rada Miejska starała się zapewnić władcy liczne rozrywki. Oprócz wystawnych uczt, balów i niezliczonych tańców Piotr I interesował się wszystkim, co miasto na progu Oświecenia miało do zaoferowania. Podczas swoich licznych podróży był częstym gościem gabinetów osobliwości czy w raczkujących muzeach, które u początku swojego istnienia niemal zawsze znajdowały się w prywatnych rękach. Również w Gdańsku zainteresowania cara skierowały go w stronę prywatnej kolekcji.

 

 JAN FILIP BREYNE, UCZONY DŻENTELMEN Z ULICY DŁUGIEJ

 

J ak wielu podróżników odwiedzających Gdańsk przed nim i po nim, Piotr I zechciał odwiedzić słynne muzeum Breynów, które mieściło się przy ulicy Długiej, w kamienicy pod numerem 30.

Aktualnym właścicielem cennych zbiorów był Jan Filip Breyne, najmłodszy syn cenionego botanika Jakuba. W 1716 roku trzydziestosześcioletni Breyne był już uznanym uczonym. Ukończywszy Gimnazjum Akademickie, młody Jan Filip wyruszył na studia do Lejdy, które zwieńczył uzyskaniem tytułu doktora medycyny, później zaś, wiedziony jak wielu młodych naukowców swoim głodem wiedzy, odbył podróż po krajach zachodniej Europy. Podczas swoich wojaży nawiązał niezliczone kontakty i znajomości z badaczami, z którymi przez całe życie miał później prowadzić ożywioną korespondencję. Przebywając w Anglii, młody Breyne zaprzyjaźnił się z Hansem Sloane’m. Ten Irlandczyk okazał się prawdziwą bratnią duszą gdańszczanina – oboje dzielili pasję i kolekcjonowali osobliwości przyrodnicze oraz książki; oboje również zajmowali się medycyną i historią naturalną. Dzięki wstawiennictwu sir Sloane’a w 1703 r. Jan Filip Breyne został członkiem Królewskiego Towarzystwa w Londynie, jednego z najstarszych towarzystw naukowych w historii.

Podczas podziwiania zebranych przez ojca i syna licznych eksponatów, w głowie cara zaczęła kiełkować refleksja. Oglądając liczne egzotyczne rośliny, drogocenne kamienie i obco wyglądające kości zwierząt z drugiego końca świata, myśli Romanowa skierowały się w stronę jego własnego bezkresnego imperium, sięgającego aż po wschodnie krańce Azji. Skoro takie cuda natury znajdowały się w Nowym Świecie przetrząsanym przez Hiszpanów, Brytyjczyków czy Francuzów, to jakie fenomeny mogły się skrywać we wciąż dzikich i niezbadanych połaciach Syberii? Car poruszył ten temat z Breynem – kto mógłby wyruszyć wgłąb rosyjskiego imperium przeprowadzić wieloletnie badania, kto wykazałby się taką odwagą i szaleństwem?

Breyne polecił carowi swojego współpracownika, młodego Daniela Gottlieba Messerschmidta, który dostarczał na Długą 30 roślinne okazy do badań i studiów. Jako absolwent uniwersytetów w Jenie i w Halle oraz świeżo upieczony doktor medycyny, który specjalizował się w naukach przyrodniczych, Messerschmidt był idealnym kandydatem na taką podróż, bez większego wahania przyjął więc carską propozycję.

 

PRZYPADEK NUMER DWA, CZYLI GDAŃSKO-SZWEDZKA SYBERIADA

 

M esserschmidt przybył do Tobolska, miasta pełniącego rolę syberyjskiej stolicy, w grudniu 1719 r. Ku swojemu zaskoczeniu, w mieście zastał setki szwedzkich więźniów,  pomagających w rozwoju i rozbudowie tego przyczółka.

Uczony przybył tutaj z Petersburga. To właśnie tam, w młodym sercu rosyjskiego imperium, Messerschmidt dokonał dokładnych ustaleń i planów swojej ekspedycji z Robertem Erskinem. Ten szkocki lekarz stał na czele Kancelarii Medycznej i petersburskiej Kunstkamery, czyli pierwszego publicznego muzeum w historii Rosji. Zobowiązano Messerschmidta do siedmioletnich badań, podczas których miał sporządzić  szczegółowe opisy Syberii i jej roślinności, zwyczajów i języków plemion autochtonów zamieszkujących dzikie rubieże państwa Romanowów oraz wszystko, co warte było wspomnienia. Jako doktor zlecający misję koledze po fachu, Erskine nakazał zwrócenie szczególnej uwagi na wszystkie rośliny, które mogą mieć właściwości lecznicze. Po nagłej śmierci Erskine’a jego rolę zajął Johan Blumentrost, na których ręce miały spływać znaleziska i raporty sporządzane w trakcie wyprawy.

W Tobolsku zwrócił się do miejscowych władz z prośbą o oddelegowanie kilku szwedzkich więźniów na potrzeby swojej ekspedycji. Wśród znajdował się młody oficer, Philip Johan Tabbert von Strahlenberg. Jak wielu swoich rodaków, trafił do rosyjskiej niewoli po klęsce połtawskiej. Przymusowy pobyt na Syberii aktywnie jednak wykorzystywał, badając ją i kreśląc nowe mapy niezbadanych obszarów. To właśnie von Strahlenberg był autorem koncepcji umownej granicy pomiędzy Azją a Europą, która miałaby przebiegać wzdłuż pasm górskich Uralu. Nie może więc dziwić, że dzieląc wspólny głód wiedzy i odkryć, szwedzkiego żołnierza i gdańskiego lekarza połączyła przyjaźń.

Korzystając z Tobolska jako swojej bazy wypadowej, mała grupa Messerschmidta korzystając z powozów i sani wyruszała w głąb Syberii. W maju 1722 podczas jednej z takich wypraw, u brzegu rzeki, trafili na wystający z lodu w pełni zachowane zwłoki mamuta, łącznie z sierścią i miękkimi tkankami. O ile kości nie były żadną rzadkością, tak zachowane okazy były rzadkością. Niestety, tego samego miesiąca do von Strahlenberga doszła wiadomość o pokoju zawartym między Szwecją a Rosją i tak jak większość zesłanych na Syberię żołnierzy, powrócił do domu – chociaż w przyszłości losy jego i Daniela Messerschmidta miały się jeszcze w jeden sposób skrzyżować.

Zimę 1724 w Irkucku Messerschmidt poświęcił się badaniom nad szczątkami mamuta, które zdobył w tym samym roku. Naoczny świadek wykopalisk, niejaki Michaił Wołochowicz, został poproszony o napisanie krótkiej relacji, która miała uwiarygodnić znalezisko:

Głowa została znaleziona przez rosyjskiego żołnierza Wasyla Orłowa, na wschodnim brzegu rzeki Indygirki. Po tym odkryciu byłem świadkiem wykopania tego szkieletu. Zaś po drugiej stronie rzeki widziałem fragment rozkładającej się skóry, który był duży, gruby i pokryty długą, brązową sierścią, przypominającą włosie kozła – jednak skóra nie mogła do niego właśnie należeć, ale do prawdziwego Behemota.                        

Messerschmidt sporządził szczegółowe rysunki znalezisk, które wraz z oświadczeniem Wołochowicza przesłał w raporcie do Blumentrosta. Jednak Petersburg nie był jedynym celem listów – tę samą relację, wraz z dwoma wielkimi zębami, Messerschmidt  wysłał do Gdańska, adresując ją do nikogo innego, jak do Jana Filipa Breyne.

 

WIELKIE WŁOCHATE SŁONIE – OFIARY BIBLIJNEGO POTOPU

 

B reyne był człowiekiem nowoczesnym i postępowym, dlatego był przekonany o dwóch rzeczach. Po pierwsze, kości wykopywane na Syberii nie należały do gigantów, tylko do gatunku słoni. Po drugie, powodem dlaczego te szczątki znalazły się tak daleko od naturalnych miejsc występowania był prosty – zostały tam przeniesione przez fale biblijnego Potopu.  W marcu 1728 Breyne wygłosił wykład na ten temat przed członkami Societas Litteraria (Towarzystwa Literackiego),  pierwszej tego typu organizacji naukowej w Gdańsku. Jedak wystąpienie – choć nowatorskie – na skromnym i wpół amatorskim forum nie odbiło się szerokim echem.

Tymczasem w 1730 do Gdańska powrócił, chociaż jedynie na chwilę, Daniel Gottlieb Messerschmidt. Po zakończeniu swojej syberyjskiej przygody los się do niego nie uśmiechnął. Car, który zlecił wyprawę, nie żył od dwóch lat, więc po powrocie do Petersburga znalazł się na łasce niechętnego mu Blumentrosta. Niemal wszystkie jego zbiory i notatki zostały zarekwirowane jako rzekoma własność Kunstkamery, pozwolono mu zachować jedynie obiekty z kolekcji które się powtarzały. Rozeźlony niską kompensatą finansową, spakował resztę swoich rzeczy i wsiadł na pokład statku, który kierował się w stronę portu gdańskiego. Podczas podróży czekała na niego kolejna tragedia – statek zatonął, a wraz z nim większość dobytku, która została Messerschmidtowi po całej wyprawie. W Gdańsku zapewne spotkał się z Breynem, dzieląc się swoimi ustaleniami i wspomnieniami, ale już do końca życia pozostał człowiekiem zgorzkniałym.

Breyne, dysponując już tak sporym materiałem, postanowił się włączyć do dyskusji na temat wielkich kości wykopywanych spod ziemi i zwierząt, do których mogły należeć. Napisał krótką pracę w formie listu –  który był kompilacją jego wykładów, rysunków Messerschmidta i oświadczenia Wołochowicza – i wysłał go do swojego przyjaciela, sir Hansa Sloane’a, będącego już od wielu lat prezydentem Towarzystwa Królewskiego w Londynie.

Sir,

Twój wielce pouczający artykuł “O kłach i kościach słoni znajdowanych pod ziemią” wielką przyjemnością przeczytałem w numerach 403 i 404 “Philosophical Transactions” z 1728. W tym samym roku byłem zajęty dokładnie taką samą kwestią, to jest udowodnieniem iż wyjątkowo duże kły i kości znajdowane pod ziemią i wykopywane z wielu miejscach na Syberii, w istocie są:

1. prawdziwymi koścmi i kłami jakichś zwierząt niegdyś stąpającymi po ziemi oraz:

2. że zwierzęta te należały do  słoni, na podstawie analogii do kości wciąż żyjących gatunków,

3. zaś ich szczątki zostały przeniesione tak daleko na skutek wielkiego Potopu.

 

Sloane jako przyrodnik i właściciel ogromnej kolekcji naturaliów posiadał w swoich zbiorach liczne kości mamutów i w 1728, już po wykładzie Breyna, napisał artykuł na ten temat. Podobnie jak Breyne, nie wierzył w opowieści o olbrzymach i gigantach, jednak jego praca nie zawierała ostatecznej opinii na ten temat.

Uczony dżentelmen dr. Daniel Gottlieb Messerschmidt, który kilka lat temu był wysłany przez świętej pamięci Jego Imperatorską Mość Piotra Wielkiego wgłąb Syberii, aby badać wytwory Natury w tej odludnej i zimnej krainie, był łaskawy wysłać mi w 1722 roku, wraz z innymi próbkami syberyjskich naturaliów, dwa ogromne zęby zwierzęcia nazywanego tam Mammothem lub Mammutem.

 

W dalszej części Breyne dokładnie opisywał znaleziska i porównywał je z istniejącymi już badaniami na ten temat – przede wszystkimi z pracami irlandzkiego badacza dr. Thomasa Molyneuxa, który zajmował się kośćmi wykopanymi na terenie Dublina. Odwołał się również do badań nad ówcześnie żyjącymi na Sumatrze słoniami.

Pojawiało się jednak jedno pytanie – w jaki sposób kości słoni znalazły się tak daleko od ciepłych krain, w których żyją do tej pory? Dla Breyna, jak i dla całej ówczesnej społeczności naukowej, istniało tylko jedno racjonalne wytłumaczenie tego zjawiska:

Zęby i kości słoni były przeniesione tam [na Syberię] nie inaczej jak przez wiatry i fale wielkiego Potopu, i zostawione tam po tym jak wody powróciły do swoich naturalnych zbiorników, przez co znalazły się pod ziemią, nawet w pobliżu samych szczytów górskich. (…) Dzięki temu nie tylko Pismo Święte jest dowodem na słuszność takiej tezy, ale jednocześnie prawdziwość Pisma jest potwierdzona przez historię naturalną. W tym miejscu muszę napomknąć że podobne zęby i kości były znajdywane w innych krajach, takich jak Polska, Niemcy, Włochy, Anglia, Irlandia i wielu innych.

 

Ciąg dalszy zostanie dodany niedługo 🙂

 

 

 

 

0 Udostępnień

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

0 Udostępnień
Udostępnij
+1
%d bloggers like this: